W ostatnim czasie podjęliśmy kilka ważnych decyzji. Wiele osób dziwi się, że z taką łatwością i lekkością podejmujemy w ich ocenie takie „duże” decyzje.
I dlatego zaczęłam zastanawiać się, jak to jest, że tak łatwo i lekko nam to przychodzi.
Więc jak jesteś ciekawy, czytaj dalej.
Po pierwsze – żadna z tych decyzji nie została podjęta z dnia na dzień.
Zaczęliśmy się nad nimi zastanawiać rok, dwa lata temu.
W niektórych przypadkach podjęliśmy konkretne działania, żeby zdobyć więcej informacji.
To, co z zewnątrz wygląda na „szybką decyzję”, często wcale nią nie jest.
Często widzisz tylko efekt, a prawdopodobnie nie widzisz całego kontekstu i czasu, w którym przygotowywaliśmy się do tego.
Po drugie – lekki plecak
Jaką wagę przykładasz do spraw w swoim życiu?
Zwykle, gdy zaczynam mówić o lekkim plecaku, ludzie próbują skwitować to słowami; „A tak, znam koncepcję minimalizmu”, a w lekkim plecaku wcale nie o minimalizm chodzi.
Rzeczywiście może on pomagać w niektórych obszarach.
To bardziej kwestia świadomości, co do niego wkładasz (lub pozwalasz włożyć) i jaką wagę (ważności, a nawet dodałabym poważność) temu nadajesz.
Nie chodzi o to, ile rzeczy masz, ale jaką wagę mają dla ciebie w życiu lub jaką wagę im nadajesz.
Weźmy choćby samochód. Znam ludzi, którzy na jakiekolwiek draśnięcie lakieru, uszkodzenie, ryskę będą reagować, jakby się świat walił, i znam takich, którzy nawet tego nie zauważą lub zauważą po roku i po prostu wzruszą ramionami mówiąc: „używam go, zdarza się”. Nie jest to ani zależne od auta, jakie mają, ani od budżetu, jakim dysponują.
I taka obserwacja, im cięższy twój plecak, tym trudniej iść przez życie i podejmować decyzje.
Zatem lżejszy plecak, z większą swobodą podejmowane decyzje.
I nie chcę się rozpisywać, bo ten temat opisaliśmy w różnych aspektach kilka lat temu w książce „Filozofia lekkiego plecaka”, więc jak ktoś jest ciekawy rozwinięcia, to odsyłam was do tej książki.
Po trzecie – nie szukam pustego parkingu. Szukam jednego, wolnego miejsca.
To chyba jeden z najczęstszych błędów myślenia, które widzę:
ludzie myślą, że jeśli chcą coś osiągnąć, muszą „uderzać szeroko”, trafiać do jak największej grupy, żeby mieć szansę na jeden właściwy rezultat.
Jak przy sprzedaży auta: tworzą ogłoszenie tak, żeby zadzwoniło 100 osób.
A może lepiej stworzyć je tak, żeby zadzwoniła ta jedna, która naprawdę kupi?
Nie potrzebujesz stu klientów, bo nie prowadzisz salonu samochodowego.
Jak się nad tym zastanowisz, to prawdopodobnie nawet nie chcesz rozmawiać z setką osób, tracąc swój czas i odpowiadając na te same pytania.
Potrzebujesz jednego – ale takiego, który będzie naprawdę zainteresowany.
To tak jak na parkingu.
Wiele osób jadąc do galerii chciałoby pustego parkingu.
A potem na miejscu irytują się, że jest dużo zajętych miejsc.
A ja? Ja chcę tylko jedno miejsce i tego szukam. To, ile samochodów stoi już na nim nie ma dla mnie znaczenia.
Przypomniała mi się też sytuacja, gdy szukaliśmy osoby do pomocy w ogarnianiu domu i zastanawiałam się, jak znaleźć taką osobę najłatwiej i najszybciej, bo właśnie miałam 2-letnie dziecko i kolejne w drodze. Postanowiłam dać 1 ogłoszenie, na 1 najbliższym przystanku. I wiecie co? Zadzwoniła 1 osoba. I ta osoba jest z nami już od prawie 5 lat.
Gdy wiesz, że nie musisz zawojować całego świata, wystarczy zadbanie o ten kawałek, który jest w danym momencie istotny dla ciebie.
Dlatego jest w niej tyle luzu.
I tyle lekkości.
Po czwarte – z przyjemnością cię rozczaruję.
To podejście bardzo, bardzo ułatwia mi życie.
Zamiast zastanawiać się, jak ludzie zareagują,
mam pewność co do jednej rzeczy: zareagują ze swojej perspektywy.
A ta najczęściej jest zupełnie inna niż moja.
Nasze decyzje – o stylu życia, pracy, relacjach –często są niestandardowe, a przez to również trudne do zrozumienia.
W odczuciu wielu osób naruszają one ich wyobrażenie poczucia bezpieczeństwa, więc zdarza się, że uruchamiają ich mechanizmy obronne i opiekuńcze.
Czasem, gdy wiem, że ktoś myśli zupełnie inaczej niż my,
po prostu zakładam, że może się pojawić u niego rozczarowanie.
Ale nie traktuję go jako emocji skierowanej „przeciwko mnie”.
Widzę je jako informację: myślimy inaczej.
A czasem takie czyjeś rozczarowanie traktuję wręcz jako potwierdzenie, że robię coś po swojemu.
Taka perspektywa daje mi ogromną lekkość działania.
Zamiast martwić się, jak inni „przyjmą” moje decyzje –
po prostu je podejmuję.
Po piąte – nie traktuj siebie tak poważnie.
To pomaga mi oderwać się od założeń, jakie mam na swój temat czy mojego życia i zamiast trzymać się rzeczy, które może odeszły już, bo zdarzyły się dawno w przeszłości, patrzeć z punktu „tu i teraz”/
Takie podejście, pomaga mi podejmować decyzje bez tego całego napięcia:
„jak to wpłynie na mój wizerunek?”,
„co pomyślą inni?”,
„czy nie zostanę odebrana jako….?”
Zarówno w kontekście tego, jak inni na to spojrzą, ale również jak wpłynie to na mój wizerunek, na moją markę, a nawet na moją firmę.
Po szóste – daje sobie prawo do zmiany decyzji, jeśli dojdą nowe informacje.
I znowu wracamy do tego, że tak jak pomysły traktuję jako hipotezy,
tak często decyzje również traktuję jako hipotezy.
I zakładam, że podejmując jakąś decyzję, mogę utwierdzić się, że to dobra decyzja i trzeba to kontynuować. Albo po tym, jak dojdą nowe informacje, mogę stanąć w miejscu, obejrzeć od nowa całą sytuację i podjąć nową decyzję. Czasem może zupełnie inną niż poprzednią.
I wbrew pozorom wielu ludzi uważa, że jeśli podejmie jakąś decyzję i podejmie jakieś kroki, to jest to nieodwołalne oraz nieodwracalne.
Na pewno znajdą się takie obszary, w których będzie to trudne.
Jednak w większości sytuacji z łatwością możemy nadrobić albo wrócić do poprzedniego stanu.
Zatem jeśli masz trudność w jakimś obszarze podjęcia decyzji, możesz zadać sobie pytanie:
ile tak naprawdę zajmie mi wrócenie do tego co było lub odbudowanie w nowym kierunku, jeśli zdecyduję, że to jednak nie była tak dobra decyzja, jak mi się wydawało.
Po siódme – nigdy nie mam wątpliwości.
Kiedy już podejmę decyzję – nie wracam do niej z wątpliwościami.
Może wydawać się w kontrze do poprzedniego punktu
o dawaniu sobie przestrzeni na zmianę decyzji.
Dla mnie różnica jest znacząca i polega na:
zastanawianiu się nad decyzją,
a ciągłym kwestionowaniu jej po podjęciu.
Jeśli czuję, że decyzja jest dobra – i logicznie, i intuicyjnie –
to jej nie podważam.
Nie analizuję jej ponownie.
Nie katuję się myślami, co by było gdyby.
Nie robię miejsca na „może jednak nie”.
Pamiętam, jak moja mama kupiła dywan i dywan już przyjechał, a ona jeszcze długo się zastanawiała, czy na pewno pasuje, czy go nie wymienić, czy to na pewno był dobry wybór.
Ja staram się robić inaczej.
Po prostu zakładam, że na dany moment podjęłam najlepszą decyzję, jaką mogłam na bazie posiadanych informacji.
I nie kwestionuję podejmowanych przez siebie decyzji.
To ważne, bo nadaje wartość i ważność moim decyzjom.
To co właśnie mogę zrobić, to jeśli dojdą nowe informacje, jeśli położę dywan w domu i stwierdzę, że jest zupełnie nie tak, jak sobie wyobrażałam, to mogę podjąć nową decyzję o wymianie lub zakupie.
Ale to nie jest chodzenie i zastanawianie się non-stop, męczenie swojej głowy ciągłymi myślami nad tym, czy to na pewno dobra decyzja.
Różnica polega na tym, że ja:
Mogę sprawdzić.
Mogę zauważyć, że pojawiły się nowe informacje.
Mogę na nowo podjąć decyzję.
Różnica dla mnie jest w procesie, który dzieje się w Twojej głowie. Czy obciążasz swoje zwoje umysłowe ciągłym procesem zastanawiania się nad tym, czy ewentualnie robisz sprawdzenie tylko w najważniejszych punktach i tylko wtedy, jeśli pojawia się jakaś informacja, która może zaburzyć Twoją dotychczasową ocenę, podejmujesz nową?
I w momencie, gdy tylko w mojej głowie decyzja jest podjęta, przechodzę do działania, idąc za zdaniem, że tak naprawdę decyzja jest dopiero wtedy, kiedy pojawia się pierwsza akcja.
Po ósme, nie muszę wszystkiego wiedzieć od razu.
Czyli… Anty-control freak
Kiedy postanowiliśmy wyjechać na zimę na Maderę po raz z pierwszy, żeby pobyć tam dłużej, założyliśmy, że nie wiemy dokładnie, ile tam będziemy.
Wiedzieliśmy, że chcemy spróbować puścić dzieci do przedszkola, tak żeby uczyły się języków.
Wersja minimum to było półtora miesiąca.
Ustaliliśmy, że taki czas możemy być za granicą, gdyby okazało się, że dzieci potrzebują być z nami i nie zaadaptowały się w nowym miejscu albo potrzebują naszej większej obecności w przedszkolu.
Założyliśmy różne scenariusze i z góry przyjęliśmy, że jest w tym kawałek „nie wiem”.
To podejście zabieram też do innych decyzji.
To, że podejmuję decyzję o czymś, nie znaczy, że muszę dokładnie wiedzieć, w jaki sposób będzie to wyglądało, albo nawet jak do tego dojdę.
Z jednej strony jest to pozwolenie sobie na uczenie się w trakcie działania i na elastyczne zmienianie strategii. Bo czasem mogę stworzyć jedną, czasem mogę stworzyć trzy różne strategie, a i tak życie może mnie zaskoczyć.
Potrzebuję do tego, tylko jednej rzeczy: zaufania, że jeśli chcę coś zrobić, to mam umiejętności, zasoby i kompetencje, żeby znaleźć rozwiązanie.
Co najlepsze wcale nie muszę mieć umiejętności i zasobów, żeby znać rozwiązanie już teraz. Muszę mieć umiejętności, kompetencje i zasoby, żeby być w stanie znaleźć rozwiązanie.
A w trakcie zwykle dochodzi dużo informacji i może się okazać, że takiego rozwiązania nie byłabym w stanie przewidzieć go na starcie.
